Co ma wspólnego ultra z mitami?
- Kamil Dąbkowski
- 8 lut
- 6 minut(y) czytania
Wpadła mi ostatnio w ręce książka Josepha Campbella "Bohater o tysiąciu twarzy", która analizuje wielkie mity znane ludzkości. Campbell pokazuje w niej, jak różne kultury opowiadają w zasadzie tę samą historię: te same wzorce, podobni bohaterowie, identyczne próby do przejścia.
I nie mogłem przestać myśleć o tym, że to odpowiedź na pytanie, dlaczego w ogóle bawimy się w ultra. Że łączy nas więcej z tymi mitycznymi bohaterami, niż nam się wydaje. I że w każdym z nas drzemie znacznie więcej, niż sądzimy.
Bo droga bohatera z mitu to dokładnie ta sama droga, którą przechodzimy podczas wymagającego ultra. A ultra to w gruncie rzeczy podróż przez życie w pigułce: wszystkie te same etapy, te same wyzwania, tylko skondensowane w 130 kilometrach czy 24 godzinach.
Zresztą, przeczytajcie sami.
WEZWANIE DO PRZYGODY I PRZEKROCZENIE PIERWSZEGO PROGU
Pierwszym etapem mitu wg. Josepha Campbella jest "wezwanie do przygody": moment, w którym bohater otrzymuje zadanie wykraczające poza jego dotychczasowe życie.
Dla biegacza ultra tym wezwaniem może być przypadkowe obejrzenie filmu o biegu przez Death Valley, rozmowa z przyjacielem, który ukończył swój pierwszy ultramaraton, lub po prostu wewnętrzne poczucie, że maraton już nie wystarcza. To moment, w którym zwykły śmiertelnik zaczyna myśleć: "A może ja też mógłbym?".
W mitologii greckiej Tezeusz wyruszył do labiryntu Minotaura, wiedząc, że może nie wrócić. Podobnie każdy biegacz ultra, stając na linii startu swojego pierwszego biegu na 100 km, wkracza na terytorium nieznane, z którego powrót nie jest gwarantowany, przynajmniej nie w tej samej formie psychicznej i fizycznej, w jakiej wyruszył.
SPOTKANIE Z MENTOREM
Campbell opisuje, jak bohater spotyka na swojej drodze mentora, przewodnika, który udziela rad i czasem magicznych przedmiotów pomocnych w podróży. W "Iliadzie" Atena wspiera Achillesa, w "Beowulfie" doświadczeni wojownicy doradzają młodemu bohaterowi.
W świecie ultra tym mentorem jest często bardziej doświadczony biegacz, trener, lub po prostu społeczność. Ktoś, kto już przeszedł przez tę próbę i może powiedzieć: "Tak, będzie ciężko. Około 60 kilometra poczujesz, że nie możesz dalej. Ale możesz. Oto jak".
Współczesnym odpowiednikiem magicznego miecza czy eliksiru są buty trailowe, kije trekkingowe, strategia żywieniowa, plan treningowy. Ale podobnie jak w starożytnych mitach, przedmioty te są tylko narzędziami, bo prawdziwa moc musi pochodzić z wnętrza bohatera.
PRÓBY I POTWORY WEWNĘTRZNE
Każda wielka mitologia pełna jest prób, które bohater musi pokonać. Herkules zmierzył się z Lwem Nemejskim, Hydrą Lernejską, dzikiem Erymantyjskim. Każde ze stworzeń symbolizowało inną ludzką słabość czy lęk, który musiał zostać pokonany.
W biegu ultra "potwory" są równie realne, choć mniej namacalne. U każdego w pewnym momencie przychodzi "ściana": moment, w którym glukogen w mięśniach się wyczerpuje i ciało zaczyna spalać tłuszcze. To fizjologiczne zjawisko, ale jego psychologiczny wpływ przypomina spotkanie ze smokiem. Umysł krzyczy: "Stop! To koniec! Nie możesz!".
Później, gdy zapada noc, przychodzą halucynacje zmęczenia. Biegacze opowiadają o widzeniu ludzi na szlaku, zwierząt, które nie istnieją, o przemieniających się kształtach drzew. To jak Odyseusz przepływający obok Syreny czy Scylli i Charybdy: granica między rzeczywistością a iluzją się zaciera.
Są też pęcherze na stopach, czyli ci mali, ale uporczywi wrogowie. Skurcze mięśni. Nudności. Pragnienie rezygnacji. Każdy z tych elementów to osobny potwór do pokonania.
ZEJŚCIE DO PODZIEMI
W wielu mitologiach bohater musi zejść do świata podziemnego: Orfeusz po Eurydykę, Inanna do krainy bez powrotu. To symboliczne zejście w najciemniejsze zakątki własnej psyche.
W biegu ultra ten moment przychodzi zwykle w środku nocy. Światło z czołówki tworzy mały krąg w otaczającej ciemności. Stopy automatycznie stawiają się jeden przed drugim, ale umysł znajduje się gdzie indziej, w miejscu narastającego dyskomfortu, samotności i strachu przed wizjami.
Scott Jurek, legendarny ultramaratonczyk, mówił o "negocjacjach z własną duszą" w takich momentach. To chwile, w których zadajemy sobie fundamentalne pytania: Kim jestem? Dlaczego to robię? Co jest naprawdę ważne?
Courtney Dauwalter mówi o swojej "pain cave", czyli jaskini bólu. Kiedy robi się ciężko, wyobraża sobie, że wchodzi do tej jaskini z kilofem i ją powiększa. Każdy trudny moment to szansa, żeby wykopać trochę więcej miejsca, żeby następnym razem było w tej jaskini wygodniej.
Starożytni herosi schodzili do Hadesu, by zdobyć wiedzę lub przywrócić coś utraconego. Biegacze ultra schodzą w te psychiczne podziemia z podobnych powodów: by poznać swoje prawdziwe ja, by znaleźć coś, czego brakuje w codziennym życiu, by przywrócić poczucie własnej mocy.
PRZEMIANA I PONOWNE NARODZINY
W mitologii nordyckiej Odyn wisi na drzewie Yggdrasil przez dziewięć dni i nocy, przeszywając się własną włócznią, by zdobyć wiedzę run. W mitologii egipskiej Ozyrysa rozszarpuje Set, ale Izyda składa go na nowo.
Motyw śmierci i odrodzenia jest uniwersalny, bo reprezentuje fundamentalną prawdę:
BY SIĘ ZMIENIĆ TRZEBA POZWOLIĆ UMRZEĆ STAREMU JA
Dla biegacza ultra ten moment przychodzi często po najtrudniejszej fazie, gdy świt zaczyna rozjaśniać horyzont, dzieje się coś niezwykłego. Ból nadal jest obecny, zmęczenie również, ale coś się zmienia. Często towarzyszy temu głęboka euforia, poczucie jedności z otoczeniem, transcendencja fizycznych ograniczeń.
Biegacze nazywają to różnie: "moment zen", "flow". W terminologii Campbella jest to "apoteoza": moment, w którym bohater transcenduje swoje ludzkie ograniczenia i doświadcza czegoś boskiego. Ja to nazywam "magią".
POWRÓT Z ELIKSIREM
Podróż bohatera nie kończy się na przemianie. Bohater musi wrócić do zwykłego świata, przynosząc ze sobą zdobytą wiedzę lub "eliksir": coś, co przyniesie korzyść całej społeczności.
Prometeusz przyniósł ludziom ogień. Budda wrócił z Oświecenia, by nauczać innych. Frodo wrócił do Shire po zniszczeniu Pierścienia.
Biegacz ultra przekracza linię mety często po 24, 30, 40 godzinach ciągłego wysiłku. Fizycznie jest wrakiem człowieka. Ale psychicznie? Psychicznie wraca jako ktoś inny. Wie teraz, że granice, które uznawał za absolutne, są płynne. Wie, że może znieść więcej, niż sądził. Wie, że ciemność zawsze ustępuje miejsca świtu.
Ten "eliksir" biegacz przynosi do swojego codziennego życia. Problemy w pracy, które wcześniej wydawały się przytłaczające, nagle stają się relatywne. Jeśli można biec 100 mil przez góry, można poradzić sobie z trudną rozmową z szefem. Jeśli można kontynuować, gdy każdy krok boli, można wytrwać w długoterminowym projekcie.
SPOŁECZNOŚĆ I KOLEKTYWNY MIT
Warto zauważyć, że choć podróż bohatera jest indywidualna, nigdy nie dzieje się w izolacji. Odyseusz miał swoją załogę (choć wszyscy zginęli). Argonauci podróżowali razem. Rycerze Okrągłego Stołu wspierali się nawzajem.
W biegach ultra społeczność jest fundamentalna. Są punkty odżywcze, gdzie wolontariusze (sami często ultramaratończycy) czekają z jedzeniem, ciepłą zupą, słowami wsparcia o trzeciej nad ranem. Są kibice, którzy dopingują zawodników w miejscach, w których oni nigdy by się tego dopingu nie spodziewali.
Ta społeczność tworzy coś w rodzaju współczesnego kultu misteryjnego. Podobnie jak w starożytnej Grecji wtajemniczeni w misteria eleuzyjskie dzielili wspólne, niewyrażalne doświadczenie, tak ultramaratończycy dzielą wiedzę o tym, jak to jest przebiec 100 mil. To doświadczenie, którego naprawdę nie da się przekazać słowami – można je tylko przeżyć.
SYMBOLIKA CIERPIENIA I PRZEKROCZENIA GRANIC
W wielu tradycjach religijnych i mitologicznych cierpienie jest drogą do transcendencji. Szamani przechodzą przez bolesne inicjacje. Święci chrześcijańscy praktykowali umartwienia. Buddyjscy mnisi medytują, by przekroczyć cierpienie.
Bieganie ultra jest współczesną formą tej archaicznej praktyki. To dobrowolne cierpienie, podjęte nie dla zewnętrznej nagrody, ale dla wewnętrznej przemiany.
Kiedy Budda siedział pod drzewem Bodhi, zmuszając się do pozostania nieruchomym aż do osiągnięcia oświecenia, robił coś analogicznego do biegacza, który zmusza się do kontynuowania, gdy każda komórka ciała krzyczy "stop". Obaj przekraczają granicę między tym, co ludzkie, a tym, co transcendentne.
CZAS MITYCZNY KONTRA CZAS CHRONOLOGICZNY
W biegach ultra dzieje się coś dziwnego z czasem. Po kilkunastu godzinach przestaje się myśleć w kategoriach minut i godzin. Czas staje się bardziej cykliczny niż linearny: świt, dzień, zmierzch, noc, znów świt. To przypomina mityczny czas: czas poza czasem, czas początków.
Starożytne mity nie rozgrywały się w konkretnej historycznej chwili, ale w czasie wiecznym, który zawsze jest dostępny poprzez rytuał. Podobnie, choć każdy ultramaraton ma konkretną datę, doświadczenie podczas biegu jest w pewnym sensie ponadczasowe. Każdy biegacz powtarza ten sam archetyp, przechodzi przez te same fazy, zmaga się z tymi samymi demonami co setki innych przed nim i po nim.
WSPÓŁCZESNY ŚWIAT I POTRZEBA MITOLOGICZNEGO DOŚWIADCZENIA
Joseph Campbell argumentował, że współczesne społeczeństwo cierpi na brak mitologii, brak rytuałów przejścia, brak heroicznych narracji, w które ludzie mogliby się wpisać. Religia zorganizowana słabnie, tradycyjne struktury społeczne się rozpadają, a wraz z nimi znikają stare sposoby nadawania sensu życiu.
W tym kontekście biegi ultra (i inne ekstremalne sporty wytrzymałościowe) można rozumieć jako spontaniczne odtworzenie mitologicznych struktur. Ludzie instynktownie szukają doświadczeń granicznych, prób, które pozwolą im poczuć się jak bohaterowie własnych historii.
Nieprzypadkowo biegi ultra eksplodowały w popularności w ostatnich dwóch dekadach, szczególnie wśród ludzi pracujących w korporacjach, w technologii, w zawodach, które oferują mało przestrzeni dla heroizmu czy przygody. Programista spędzający dzień przed komputerem odnajduje w biegu przez góry coś pierwotnego, autentycznego, mitycznego.
ZAKOŃCZENIE: WIECZNY POWRÓT BOHATERA
Dla biegacza ultra podróż nigdy naprawdę się nie kończy. Po ukończeniu jednego biegu, po odpoczynku i regeneracji, przychodzi myśl o następnym. Może dłuższym, może trudniejszym, może w bardziej egzotycznej lokalizacji. Podróż bohatera zaczyna się od nowa, ale bohater już nie jest tym samym: jest mądrzejszy, silniejszy, bardziej świadomy własnych głębin.
W tym sensie każdy ultramaratonczyk powtarza nie tylko pojedynczy mit, ale całą strukturę mitologicznego myślenia, ideę, że życie jest serią podróży, prób, śmierci i odrodzenia. Że ból może prowadzić do transcendencji. Że granice są po to, by je przekraczać. I że w pokonywaniu niemożliwego znajdujemy nie tylko zewnętrzną nagrodę, ale głębsze zrozumienie tego, kim naprawdę jesteśmy.
Kiedy więc widzisz biegacza ultra na szlaku o trzeciej nad ranem, z czołówką rozświetlającą ciemność, stawiającego krok za krokiem mimo bólu i zmęczenia – widzisz Odyseusza wracającego do Itaki, Gilgamesza poszukującego nieśmiertelności, Herkulesa wykonującego swoje prace. Widzisz wieczny archetyp bohatera, żywy i aktywny w XXI wieku, udowadniający, że potrzeba mitologicznego doświadczenia jest tak fundamentalna dla ludzkiej natury jak potrzeba jedzenia czy snu.
Mit żyje. Podróż trwa.



Komentarze